piątek, 12 lutego 2016

Peszek :/

Dopadł mnie jakiś wredny wirus... W sobotę odwiedziła mnie koleżanka z ośmiomiesięczniakiem, niestety lekko podziębionym. We wtorek zaczęło mnie drapać gardło, środę i czwartek już spędziłam pod kocem. Niestety zasób metod leczenia w ciąży nie jest zbyt spektakularny, zatem piję herbatki z miodem i cytryną, wcinam czosnek, łykam Prenalen ale niestety zamiast lepiej, to czuję się gorzej. Nie mam gorączki, ale w nosie zbiera mi się wydzielina we wszystkich kolorach tęczy, i męczy mnie taki nieprzyjemny, szarpiący kaszel. I ten kaszel niepokoi mnie najbardziej- mocno napinają mi się mięśnie brzucha, a wiadomo, że teraz to niewskazane. Obudziłam się dziś rano w naprawdę kiepskiej formie, stwierdziłam, że pora odwiedzić lekarza. Zadzwoniłam do poradni lekarza rodzinnego, gdzie usłyszałam, że termin do doktora to najwcześniej na wtorek, a jak już bardzo muszę to mogę przyjść i czekać aż lekarz mnie ewentualnie przyjmie lub po 18-tej wybrać się na pomoc doraźną. Super pomysł, chora, w ciąży, w tłumie ludzi w poczekalni, bynajmniej nie zdrowych. Szczęśliwie mój pracodawca zafundował niedawno pakiet zdrowotny w sieci prywatnych przychodni, więc postanowiłam wypróbować to cudo. Zadzwoniłam na infolinię, miła pani zaproponowała wizytę w poniedziałek. Już lekko zdesperowana przedstawiłam sytuację, że w ciąży, że pogorszenie, że nie mogę czekać, że może jest jakaś procedura alarmowa... I co usłyszałam? "Łączę Panią do działu zajmującego się przypadkami tego typu". W ciągu kilku minut rejestratorka z przeszkoleniem medycznym zebrała ode mnie wywiad i zarejestrowała mnie na wizytę domową, żebym nie musiała wychodzić i narażać się na złapanie jakiejś dodatkowej infekcji. Tak, dobrze czytacie. Lekarz przyjedzie DO MNIE. Czyli jednak-da się. Muszę przyznać, że jestem mocno rozgoryczona podejściem państwowej przychodni. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby wpisać mnie do innego lekarza, który może akurat nie ma na dziś kompletu, nie mówię już o wizycie domowej, bo zapewne są bardziej potrzebujący, ale chociaż poprosić lekarza na 2 minuty do telefonu, żeby zadecydował, czy mam jednak próbować przyjść do przychodni i próbować się wbić na wizytę, czy przesadzam i mogę spokojnie zaczekać do poniedziałku na wizytę... Zero inicjatywy. Nic mnie tak nie wkurza jak podejście typu "Nie mamy pańskiego płaszcza, i co nam pan zrobi".

czwartek, 4 lutego 2016

"Jezu, jak się cieszę..."

Z tych króciutkich wskrzeszeń :) Są dni, w których czuję się niemal... dobrze. Mdłości pojawiają się już wyłącznie sporadycznie, zawroty głowy są coraz mniej dokuczliwe, moja waga jest nadal niższa, niż w momencie zobaczenia na teście dwóch kresek... Fakt faktem-łatwiej się męczę i mam czasem krótszy oddech, ale na razie nie jest to mocno uciążliwe. Teraz będę też miała więcej czasu na odpoczynek, bo od wczoraj jestem na zwolnieniu-mocno dolegają mi naciągające się ścięgna, ból zmniejsza się, kiedy odpoczywam w pozycji leżącej.
A tak z ciekawostek-strasznie szybko rosną mi paznokcie i włosy-nie tylko na głowie :D

niedziela, 24 stycznia 2016

Gastrofazy i inne przyjemności.

Od kilku dni moje mdłości nieco osłabły-choć oczywiście nadal atakują w najmniej odpowiednim momencie. Od rana nadal czuję się kiepsko, ale potem jest już tylko lepiej. W dużej mierze z całą pewnością wpływa na to fakt, że krócej pracuję-albo jestem szybciej w domu, albo mogę wstać później :) Ta druga opcja pasuje mi bardziej, bo leniwe poranki uwielbiam-pewnie skończą się, kiedy pojawi się Młodzież.

Znajomy wybrał się do Lizbony-miasta, które absolutnie uwielbiam, lekko pozieleniałam z zazdrości... Zażartowałam sobie, że w sumie vinho verde odpada, zatem nie pogniewam się za pasteis de Belem. I wiecie co? Przywiózł :D Omnomnomnomnom :D

Od 3 dni mam fazę na lemoniadę domowej roboty-oprócz innych płynów potrafię wchłonąć 1,5 litra dziennie. W ogóle ostatnio dużo piję-częściej i szybciej odczuwam pragnienie. Przed ciążą miałam skłonności do ignorowania pragnienia, ale teraz nie ma opcji.

W zeszłym tygodniu zmusiłam Szczęśliwego Tatusia do ugotowania swojego dania popisowego, czyli rosyjskiej zupy solanki-strasznego miałam na nią smaka :)

Z okazji Dnia Babci i Dziadka powiedziałam mojej Babci i Dziadkowi (drugi "komplet" już niestety nie żyje), że dostali awans :) ale była radocha :)

niedziela, 17 stycznia 2016

Na wolnych obrotach.

Od kiedy noszę w brzuchu małego ludzika, żyję zdecydowanie wolniej i spokojniej. Przykładam większą wagę do tego, co jem, do tego, ile śpię... Dzidzia nie pozwala mi się zbytnio forsować, chyba po to, żebym miała więcej siły na czas, kiedy się już urodzi.
Zaliczyłam pierwszy "brzuszkowy" WOŚP, Żelek dostał swoje osobiste serduszko przyklejone na Maminy brzuch. Obyśmy nigdy nie musieli z WOŚP-owego sprzętu korzystać.
W Dużym i Ważnym Szpitalu Dzidzia była nieco bardziej zdyscyplinowana i pokazała szyję-NT 1mm :)

sobota, 9 stycznia 2016

Badania, badania...

Wczoraj miałam USG "prenatalne". Okazuje się, że Dzidzia jest wstydzioszek i karku pokazać nie chciała. Pani Doktor namęczyła się, próbowała sondą transwaginalną i brzuszną i nic. Ja już tam na tej kozetce ledwo żyłam, z dziurą w brzuchu już prawie, a Żelek nic. Pani Doktor zaordynowała spacer, to pojechaliśmy ze Szczęśliwym Tatusiem do Castoramy kupić ziemię do kwiatów (i batonika z automatu dla mnie :P) i wróciliśmy na kolejną sesję USG. Dzidziolek dalej nie dał sobie zdjęcia zrobić, więc przezierność fałdu karkowego mamy dalej nie zmierzoną, za to kość nosową łaskawie pokazał :) W związku z tym brakiem pomiaru muszę się w poniedziałek wybrać do Bardzo Dużego i Ważnego Szpitala na kolejne podejście-mam nadzieję, że Maleństwo tym razem zdecyduje się na współpracę.
Pomimo tego, że jest jeszcze dość wcześnie i pewności 100% jeszcze nie mamy, to jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa widziałam na ekranie... Dziewuszkę :) W pewnym momencie, poszturchana trochę końcówką od USG, Maleńka okręciła się tak, że na monitorze widać było skrzyżowane girki i to co pomiędzy :)

sobota, 2 stycznia 2016

Nowy Rok!

Zaczął się Nowy Rok-zdecydowanie przełomowy w moim życiu. A zaczął się rodzinnie, nadmorsko...

Spędziliśmy w większym gronie znajomych i "rodziny z wyboru" kilka dni w Dźwirzynie, i mimo, że pogoda nie dopisała i trochę się podziębiłam, wyjazd oceniam jako udany. Przy okazji składania życzeń Noworocznych mojemu Tacie, przekazałam mu informację, że w lipcu awansuje na Dziadka-Tata jest zazwyczaj dość oszczędny w emocjach, ale wiem, że bardzo się ucieszył :) Mały Żelek będzie miał z kim śmigać na nartach, a jak będzie starszy, to może i na Harleyu? (Takiego mam Tatę zakręconego, a co!)

W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy o jeszcze jednych przyjaciół, którzy od 9 m-cy są rodzicami cudownej dziewuszki. Przekazaliśmy im radosną nowinę, i w 10 minut po tym już buszowałam z A. po jej szafie w poszukiwaniu pasujących na mnie ciążowych ciuszków :) A. jest ode mnie sporo drobniejsza, więc w tej chwili ja noszę to, co ona pod koniec ciąży, ale myślę, że do wiosny jestem zaopatrzona :) A co najfajniejsze-sprezentowała mi poduszkę w kształcie rogala-dziś mam zamiar ją wypróbować :) Dziękuję, kochana!

Jutro jeszcze jeden wolny dzień, cieszę się na niego, bo przy takiej pogodnie zdecydowanie nie chce mi się nigdzie wychodzić, potem 2 dni w pracy i 3 dni urlopu :) 8.01 mamy USG prenatalne i nie możemy się doczekać-pierwsze, na które idzie z nami Szczęśliwy Tatuś :)